nowela z motywem sokoła

   Nigdy nie zapomnę beztroskich czasów dzieciństwa, kiedy to żyło się zwyczajnie z dnia na dzień, nie przywiązując większej uwagi do istoty wielu wydarzeń. Wokół zawsze coś się działo, a ja żyłam chwilą. Z tyłu głowy trzymał mnie w objęciach pewnego rodzaju spokój. Czas nie pędził tak jak dzisiaj, wręcz przeciwnie - ciągnął się, lecz nie było to nieznośne. Nazwałabym to raczej jakąś magią. Wzbogacała ona w umiejętność życia nie przeszłością, nie przyszłością, ale teraźniejszością. Myślę, że to jedna z najcenniejszych cech u dzieci. A cenna, ponieważ zastanawiając się nad tym, jak wielu dorosłych tak naprawdę ją posiada, w rezultacie można się tylko rozczarować. W końcu przychodzi czas, gdy zdajemy sobie sprawę z rzeczy, których wcześniej nie mogliśmy zrozumieć; zaczynamy je analizować, przypominać sobie, ropamiętywać...

   Jako mała dziewczynka patrzałam na starszych ode mnie w mojej rodzinie jak na bohaterów. Czułam się otoczona dobrymi ludźmi, a każdy był tak samo ważny. Była to moja mama, mój tata, dziadkowie mieszkający na parterze wraz z prababcią Hanią i drudzy dziadkowie nie mieszkający z nami. Poza nimi były jeszcze ciocie i wujkowie, chrzestni, znajommi i inni bliżsi mi ludzie. W obliczu bycia dzieckiem dorosłość innych dawała mi poczucie bezpieczeństwa i dużą swobodę, choć wtedy nie wiedziałam o tym tak dobrze.

   Co się dzieje z dorosłym, który już nawet dorośle się nie zachowuje? Moja prababcia, bardzo stara wdowa, odkąd tylko pamiętam, nigdy nie była zbyt aktywna rodzinnie. Czasami jedliśmy razem posiłki, ale zwykle potem szybko znikała, najczęściej bez słowa. Odzywała się mało, a że była dość głucha, też nie bardzo można było z nią dłużej porozmawiać. Żyła jak gdyby jej już na niczym szczególnie nie zależało. Oczywiście pomagaliśmy jej z większością rzeczy, jak to staruszce. Lecz było i coś, co już chyba zawsze będę kojarzyć z tą skrytą kobietą. Mowa o starej jabłonce, rosnącej w sadzie, którą jako małe dziecko posadziła jej mama z babcią (a przynajmniej moja mama tak mi opowiadała). Wiem także, że wiązała z tym drzewem wiele dobrych wspomnień. Nic dziwnego, że na jej twarzy pojawiał się uśmiech, zawsze gdy tylko widziała pełną owoców wyjątkową jabłoń. Albo gdy momentalnie wstępował w nią entuzjazm jeśli ktoś zaczynał rozmowę na temat jej ukochanego drzewa. A tak jak na ogół mało mówila, tak o tej szczególnej w jej życiu roślinie opowiadała nadzwyczaj dużo. Wszyscy domownicy każdego roku słyszeli od staruszki o tym, co się dzieje w sadzie. Widząc jej błysk w oczach, każdy cieszył się wraz z nią na wieść o pierwszych jabłkach. A ona cieszyła się, że także doceniamy ten jej dar od losu.

   Niestety drzewo starzało się razem z nią. Było małe, wątłe i widocznie obciążone swym wiekiem. Widać też było, jak marnieje co roku. W swoich ostatnich latach wyrosło już na nim naprawdę mało jabłek. Ja w sumie myślałam, że to normalne - do czasu. Wtedy zaczął się prawdziwy problem. Otóż pewnego dnia mama weszła do mojego pokoju z niespodziewanie smutną miną. Zaniepokojona zapytałam, co się stało. Wtedy wyraziła zwątpienie w to czy tego roku pojawi się choć kilka jabłek na owyej jabłoni.
- Ona usycha - Powiedziała - Nawet pączków prawie nie było
Tym razem susze wyjątkowo dawały się we znaki i nie był to udany okres, a na pewno nie dla rolników. Każdy posiadacz jakiegoś własnego ogródka miał prawo do narzekań, bo nawet jeśli ktoś już starał się coś podlewać to nie zawsze to wystarczało. Mama obawiała się reakcji prababci na przykry fakt stanu drzewa. Nie chciała obserwować jak nieskończenie oczekuje na jabłka, których nie będzie. Wolała nie widzieć zawiedzenia i bólu na jej twarzy. Wiedziała przecież ile ta mizerna jabłoń dla niej znaczy. Dlatego nie umiała zostawić tej sprawy w spokoju. Było nawet po niej widać, że ciągle jest jakaś taka oderwana od rzeczywistości. Czy to przy robieniu obiadu, czy przy prasowaniu - rozmyślała, gdy tylko mogła. Przez pewien czas nie była też zbyt skora do rozmów, a czasem po prostu odpływała, gdy ktoś coś do niej mówił. Jeszcze wtedy nie wiedziałam jaki to będzie mieć skutek, ale tego, co wymyśliła na pewno się nie spodziewałam.

   Mama od zawsze miała dar do odnajdywania rozwiązań na przeróżne problemy. Zawsze też służyła dobrą radą i dobrze czuła się w nieco bardziej kreatywnych działaniach... I tym razem przyszła do mnie, żeby opowiedzieć mi w końcu o tym, co zamierzała zrobić. Jest osobą, która uparcie dąży do tego, co sobie postanowi, więc raczej nie zamierzała odpuścić. Wtedy wymyśliła coś równie abstrakcyjnego, co dość ryzykownego. Co to było?
- Powiesimy na drzewie wiele kulistych, czerwonych jabłek, które możemy zrobić np. ze styropianu. Styropian pomalujemy na czerwono i powiesimy na sztywnych drutach tak, żeby nie dyndały jak jakieś bombki. Jabłoń nie jest wysoka, więc nie będzie tego zbyt dużo... Ważne, żeby prababcia zobaczyła na tym drzewie owoce
- Wow, to naprawdę ciekawy pomysł. Ale myślisz, że się nie zorientuje? Tyle już lat oglądała tą jabłoń, że w sumie to nie wiem czy da się na to nabrać...
- Myślę, że da... Ona po prostu potrzebuje je zobaczyć. Na samym dole powiesimy kilka prawdziwych. Postaram się kupić podobne jabłka do tych naszych. Będziemy je zrywać na jej oczach. Nawet sama będzie mogła je sobie zerwać. My jej w tym trochę pomożemy
- Mhmm... Nie wiem...
- Ona nie dostrzeże, że jabłka są fałszywe. Nawet nie zwróciła uwagi na brak kwiatków na drzewie. Założę się, że gdybyśmy mieli taką sytuację czy to rok temu, czy 2, czy nawet więcej to też nie zwróciłaby na to uwagi. Posłuchaj, to stara kobieta, znam ją od dawna. Nie myśli już tak sprawnie... Ona nie widzi takich sczegółów. Naprawdę. Ona jedynie chciałaby zobaczyć te jabłka
- No tak, chyba masz rację
- Wiem, że świadomość, że to drzewo umiera, złamałoby ją. Tak bardzo tego nie chcę
- Ok, pomogę ci. Ale co jeśli...
- Zaufaj mi

   Minęły zaledwie 2 dni, a jabłoń była już całkiem zaopatrzona! Koniec końców nie zajęło nam to długo i nie było tak skomplikowane, jak myślałam, że będzie. Ale niestety nie obyło się bez problemów. Mama szybko pojechała na zakupy i kupiła wszystkie potrzebne rzeczy. Nie było to jednak tak szybkie, jak sam proces tworzenia i wieszania jabłek na drzewie. Jeździła po kilku sklepach w poszukiwaniu styropianowych kul, ciemnego drutu i czerwonej farby. W jednym było to, w drugim to i tamto, a w innych nic nie było. W sklepie z farbą mieli akurat ostatnią puszkę czerwonej farby, w dodatku o nienaturalnym dla jabłek czerwonym odcieniu. Ale mama ją wzięła, bo nie zamierzała dłużej szukać. Poza tym uznała, że to nie ma znaczenia. Wzięła też puszkę z zieloną farbą, bo bała się, że jedna czerwona nie wystarczy. Stwierdziła więc, że niektóre jabłka zrobimy zielone, że niby jeszcze nie dojrzały... Dorwała także spory zwój czarnego, solidnego drutu i wiele paczek styropianowych kul. Pani przy kasie się trochę zdziwiła wózkiem wypełnionym po brzegi czymś takim. Brakowało już tylko pewnej ilości prawdziwych jabłek, które miały wisieć na dole. W tym celu mama udała się na targ, gdzie zalazła wiele gatunków jabłek. Przynajmniej te zakupy nie były tak trudne.
   W domu czekały kolejne przeszkody na drodze do naszych działań. Ale jak mogłoby ich nie być, jeśli tak bardzo starałyśmy się kogoś oszukać? Prababcia często przechadzała się po dworze, a chodziła tak wolno aż wydawać by się mogło, że brakuje jej na to sił. Tymczasem potrafiła przechodzić w ciągu dnia więcej niż niejedna osoba z naszej rodziny. Bardzo lubiła podziwiać naturę. Często spacerowała do sadu. Dlatego trzeba było wyszukać odpowiedni moment na wprowadzenie planu w życie. Razem z mamą chciałyśmy pomalować kule na zewnątrz, więc musiałyśmy uważać, żeby prababcia nas nie widziała. Na szczęście mój brat nam pomagał. Jego zadaniem było monitorowanie sytuacji prababciowej, a w razie ryzyka ostrzeżenie nas niezwłocznie. Po malowaniu trzeba było trochę posprzątać, a no i dobrze umyć ręce. Wieczorem udało nam się w końcu wymknąć do sadu. Prababcia Hania oglądała swoje seriale w telewizji, a tata na wszelki wypadek się do niej przysiadł, że niby czyta jakąś gazetę. Był to dla nas odpowiedni moment na wyciągnięcie drabiny i przemyt pełnego styropianowych jabłek pudła, chociaż mój brat doskonale radził sobie bez drabiny, z łatwością wspinając się na drzewo. To on powiesił ich najwięcej i dzięki niemu tak szybko to poszło. Sposób ich wieszania nie był skomplikowany. Wystarczyło wbić porządnie drut w kule, a jego drugi koniec opleść na gałęzi. Wokół skromnie rozmieszczonych po drzewie liści wkrótce pojawiło się sporo czerwonych i zielonych kul. Z daleka naprawdę wyglądało to dobrze. Wtedy nagle bardziej uwierzyłam w powodzenie tego dziwnego planu. Za to mama cały czas wierzyła w siebie tak samo. Mój brat wyglądał, jakby dobrze się bawił. A praca zmierzała ku końcowi. Jako ostatnie zawiesiliśmy także na drucie kilkanaście prawdziwych jabłek, co było nieco trudniejsze, ale nie niewykonalne. Znalazły się one w miejscach, gdzie najłatwiej było sięgnąć ręką. W efekcie naszej pracy stara jabłoń znowu wyglądała jak jabłoń. I to nie jakaś marna. Widział ktoś kiedyś, żeby zamiast zrywać jabłka, kupić je sobie i samemu powiesić? A wszystko to po to, żeby potem znowu je zerwać. Swoją drogą ciekawe czy sąsiedzi widzieli to, co tego wieczoru robiliśmy w sadzie.

   Szczerze mówiąc miałam obawy przed faktem, że prababcia przecież zbyt często chodzi do sadu, żeby uwierzyć w to, że z dnia na dzień na całym drzewie wyrosło pełno jabłek. Ale sama się sobie nie dziwiłam, że miałam coraz to większe wątpliwości, jeśli teraz babcia w każdej chwili mogła wyjść na zewnątrz. Trzeba było tego pilnować. Mama kolejny raz kazała mi zachować spokój. Była pewna swego, tymczasem ja przypomniałam sobie, jaki ten plan jest szalony... Teoretycznie był czas, kiedy jabłka już dojrzewają, a u nas nie było inaczej. Do udanego finału naszej operacji potrzebowaliśmy jedynie trochę szczęścia i jeszcze raz szczęścia.

   Po południu poszłam do niej posiedzieć. Oglądała telewizję, gdzie leciały wiadomości. Na stole był talerzyk z ciastkami. Przywitałam się i usiadłam, a ona jak zwykle milczała i wpatrywała się jakby w dal. Każdy w domu się do tego przyzwyczaił. Potrzebowała zwykłego spokoju. Rozumieliśmy to. Lubiła się za to przytulać, więc zawsze chętnie się do niej tuliłam. Przyglądałam się jak wytrzeszcza oczy, żeby oglądać telewiję. Na nosie miała okulary, których normalnie zbyt często nie nosiła, mimo że jej wzrok był bardzo zły. W tle było słychać różne odgłosy. Babcia właśnie przeszła, niosąc kawę dziadkowi. Ktoś wchodził po schodach. Ktoś inny przed chwilą zamknął drzwi na pierwszym piętrze. Tata najwyraźniej robił coś na dworze, bo dało się słyszeć jego regularne pokaszliwania przez otwarte w pokoju okno. Prababcia pozostawała jednak w swoim świecie, skupiona na jednej czynności.

   Wszyscy tutaj wiedzieli o sfałszowanej inicjatywie dla prababci, wsyscy poza nią samą. Czas zaczynał się dłużyć. Każdy czekał na finał.
   Pod wieczór postanowiłyśmy z mamą przespacerować się do sadu, żeby jeszcze raz popatrzeć na miejsce zbrodni. Ptaki spokojnie przemierzały nieskazitelnie spokojne niebo. Słońce zaczęło chować się za widnokręgiem, dając swój wyjątkowy spektakl czarującej ekspozycji światła. Kolory na niebie były piękne. A pod tym wszystkim słychać było łagodny szum natury, z rzadka pojedyncze odgłosy drobnych robót, jak np. koszenie trawy. To właśnie wieś. A z tego miejsca można zobaczyć jednocześnie mnóstwo gęsto rozmieszczonych, różnokolorowych światełek, z których niektóre się przemieszczały. To właśnie miasta. A za nimi jeszcze lasy. Jednak nic poza dynamiką tych odległych obrazów nie zagłuszało spokoju tutaj, gdzie byłyśmy my. Ciepłe światło padało na drzewa i krzewy, wydobywając z nich jeszcze głębsze kolory. Po ziemi ciągnęły się cienie. Jeden z nich prowadził do drzewa, na którym mieniły się czerwono zielone jabłka.
- Widzisz, nawet i tym razem nie obyło się bez jabłek - odparła nagle mama
 Potem z wolna podeszła do jabłoni i po krótkim zmierzeniu wzrokiem gałęzi, na której wisiało jedno z prawdziwych jabłek, zerwała je sobie i zaczęła jeść. Chyba obie wtedy zapatrzyłyśmy się w niebo i tak po prostu stałyśmy. Mama tylko raz wtrąciła, że jabłko jest dobre. Kiwała się z nogi na nogę, jedząc i podziwiając zachód słońca. Ciekawe o czym myślała. W końcu obróciła się w moją stronę. W tamtym momencie przerwała jedzenie i zaczęła się jakoś dziwnie patrzeć... Po chwili zorientowałam się, że to nie na mnie patrzy tylko gdzieś dalej. Obróciłam się i zobaczyłam prababcię. Połączyłam się więc duchowo z mamą i obie teraz stałyśmy w osłupieniu. Staruszka stała kilka kroków za mną. Uśmiechnęła się do nas swoim bezzębnym uśmiechem. Potem ruszyła w stronę drzewa, a my nieprzerwanie ją obserwowałyśmy. Sięgnęła po jabłko, a mama poszła za nią, żeby przytrzymać jej gałąź i tym samym zasłonić dłonią drót, który trzymał konstrukcję. Oglądałam tą sytuację z zaciekawieniem, ale wtedy już z coraz większym spokojem. Staruszka przystanęła, spojrzała w górę z zachwytem i odezwała się wreszcie:
- Co za piękne drzewo!
Z jej powieki pociekła łza. Coraz bardziej nie mogłam w to uwierzyć. Prababcia nie pozostała dłużna - dosłownie zamarła ze wzruszenia. Nie spodziewałam się aż takiej reakcji. Z każdą sekundą przekonywałam się, że mama miała rację. Podeszłam się przytulić, więc teraz płakała mi w ucho. Oczy jej zaświeciły. Chyba sama trochę niedowierzała w to, co ujrzała. Mama widząc nas, uśmiechnęła się do mnie znacząco. Też się uśmiechnęłam. Chyba nam się udało...

   Gdy przyszło nam żyć w tym samym czasie, pamiętam, że moja prababcia nigdy dużo nie mówiła. Tak było też tamtego dnia, gdy pierwszy raz zobaczyła na drzewie owoce, którym pomogliśmy urosnąć... Chyba nie zapomnę tego, jak wielką radość widziałam wtedy na jej twarzy. Żeby ją zobaczyć niepotrzebne były słowa, których skleciła zaledwie kilka. Po tym wszystkim wróciła do domu i zażyczyła sobie, żeby pokroić jej jabłko. Dostała je, a potem dzień po dniu dostawała jeszcze pełne wiadra jabłek rzekomo zebranych w sadzie. Jak zwykle wyrażała większą skłonność do rozmowy, jeśli ktoś napomknął o jabłoni. Mama jak co roku robiła z jabłek kompot, który z chęcią pito. Szczerze to nie wiem, czym prababcia tak naprawdę się wzruszyła - jabłkami, w które uwierzyła czy może naszymi staraniami, żeby ożywić martwe drzewo, bo dobrze wiedziała, że już nic z niego nie będzie? Przecież właściwie to nic nigdy nie powiedziała. Za każdym razem po prostu się cieszyła. A było tych lat jeszcze trochę... Od tamtej pory rok w rok wieszaliśmy dla niej fałszywe jabłka na drzewie. To była chyba pierwsza poważna rzecz, którą jako to beztroskie dziecko mimowolnie zaczęłam się przejmować. Czas zaczął mieć znaczenie, bo za każdym razem powtarzaliśmy to, co raz zaczęliśmy. Nie było to jedynie oszustwo, którego nawet nie żałuję... To było coś, czego opisać się nie da. Coś jak piękny dar, który dostała tak krucha i zmożona staruszka w swoich ostatnich latach życia. Dobroć, która kierowała naszymi sercami zakwitła w duszy starej kobiety. Dało jej to tyle szczęścia... Sama nie wiem... Czy może trzymała się tak dobrze i długo, bo pragnęła znów zobaczyć tak ważne dla niej drzewo? Na to pytanie odpowiedzi nie poznamy, ale mogę spróbować pomyśleć z innej perspektywy. Myślę, że dawało jej ono siłę. Czego więcej było jej trzeba? Nie wiem jak to się stało, że pewnego roku zwyczajnie zmarła. Dziwnie było przestać wieszać jabłka. Jest jednak coś, co wiem na pewno. Mamo, było warto.

Komentarze